wtorek, 31 lipca 2012

Ballada o śnie, piekle i nienawiści

Dla cienia blasku postradałem zmysły
i dla dźwięku szczęścia drogi pogubiłem.
Lecz gdy nagle czary opętania prysły
pełen bezradności się wnet obudziłem.
Chciałem tylko, by ta pieśń trwała
i trwa, choć już tylko w mojej głowie.
Chyba miłości już taka natura niestała,
iż można ją zburzyć w jednym słowie.

Tylko w czym zawiniłem, zawiodłem?
Gdzie na tej drodze moich śladów- ciernie?
Czy niedostateczny, czy słowem ubodłem?
Czy stałem przy Tobie, lecz stałem niewiernie?

Zbudziłem nad Dantejskiego piekła bramą
by duszę swą odnaleźć w piątym kręgu jego.
Bo choć miłość w sercu pozostała tą samą
zazdrość i gniew w mym wzburzonym ego.
Tak jakby cokolwiek było moją winą,
nie ludzi których zdanie mój sen przekreśliło.
Niech więc kara na nich, niechaj zginą
może choć to by dziś duszę moją ukoiło.

Lecz jak się uwolnić, by znów zacząć marzyć?
Jak uciec tak, by duszę zachować?
By szczęście i dla mnie mogło się przydarzyć
i by na wrogów swoich nie pomstować!

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawi mnie postawa podmiotu lirycznego (zakładam, że i Twoja). Dusza to dość kruchy obłoczek, łatwo zranić i przekreślić...

    Szukasz ucieczki od czegoś? Brakuje Ci marzeń?
    Zawyczaj szczęście nie idzie w parze z zachowaniem własnej odrębności... ;)

    Chociaż to nie jest regułą!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mniej jednak tu adresatem jest 'ktoś'... W tym przypadku zazwyczaj szczęście musi iść w parze z brakiem własnej odrębności... Chyba że podmiot liryczny przyjmie że szczęście "nie musi"...

    OdpowiedzUsuń